Pobierz aplikację

apple app store google play store
2026-11-05

Smutny Historyczny Czwartek. Dewastacja cmentarza sprzed 100 lat

Dziś wyjątkowo mroczny Historyczny Czwartek, który pokazuje, że plądrowanie miejsc pochówku jest stare jak cywilizacja. Szokujące kulisy dewastacji kilkudziesięciu grobów na szczecineckim cmentarzu w okresie międzywojennym.

W szczecineckim oddziale Archiwum Państwowego w Koszalinie zachowały się policyjne akta sprawy dewastacji miejscowej nekropolii wiosną 1929 roku, wraz z dokumentacją fotograficzną. Co się stało?

26 marca 1929 roku wieczorem nic nie zapowiadało zdarzenia, które następnego dnia poruszyło całe miasto. Około godziny 13 w środę 27 marca do policji zadzwonił pastor Cartsburg. Zgłosił, że na tutejszym cmentarzu ewangelickim przewrócono i uszkodzono znaczną liczbę nagrobków.

Na miejsce pojechali komisarz policji i funkcjonariusz policji kryminalnej. Towarzyszyli im pastor, dozorca cmentarza Rosenstedt i rentier Rogge. To, co zobaczyli, opisali w meldunku zwięźle i rzeczowo: pomniki były przewrócone, a część z nich złamana na pół. Komisarz zauważył, że jedna osoba nie dałaby rady przełamać tak stabilnych pomników. Jego zdaniem w dewastacji musiało uczestniczyć kilku sprawców. Nie poprzestali oni na przewracaniu, lecz kilka nagrobków roztrzaskali.

Do meldunku dołączono wykaz zniszczonych nagrobków. Wymienia on 28 pozycji, a odręcznie dopisano jeszcze dwie. Wśród zniszczonych grobów były rodzinne pomniki podwójne (rodzina Benzel), groby kobiet i mężczyzn z różnych rodzin, grób pastora Gottwalda Rühle, zmarłego w 1926 roku, oraz nauczyciela Ferdinanda Freymarka. Przy dwóch ostatnich pozycjach maszynopisu urzędnik zanotował, że imiona zmarłych są nieznane, bo brakuje części kamienia.

Ślady okazały się skąpe. Odciski stóp na miejscu nie nadawały się do wykorzystania. Policjanci próbowali zabezpieczyć odciski palców na przewróconych krzyżach grobowych i zdołali odtworzyć odcisk nasady dłoni oraz fragment odcisku palca.

Trop pojawił się dzięki murarzowi Röderowi, który także znajdował się na cmentarzu. Powiedział policjantom, że poprzedniej nocy robotnik Kurt Patzwaldt z Lindenstrasse 44 (dziś ulica Lipowa), razem z kuzynem Erichem Patzwaldtem i niejakim Paulem Barzem, był pijany i hałasował na ulicy. Dodał, że nie jest wykluczone, iż to oni stoją za zniszczeniem grobów.

SZYBKA AKCJA POLICJI

Policja zadziałała natychmiast. Rewizja u Kurta Patzwaldta nie przyniosła rezultatu, ale komisarz, obawiając się zatarcia śladów, zarządził areszt ochronny dla wszystkich trzech podejrzanych. Kurta Patzwaldta i Paula Barza zatrzymano od razu. Ericha Patzwaldta nie było w domu i odnaleziono go dopiero późnym wieczorem.

Kurt Patzwaldt miał 20 lat, urodził się w Berlinie i pracował jako robotnik. Paul Barz, urodzony w Neustettin w 1891 roku, był rolnikiem. Erich Patzwaldt był czeladnikiem kotlarskim. Żaden z dwóch przesłuchanych, których protokoły się zachowały, nie był wcześniej karany.

Wieczór 26 marca spędzili w gospodzie Bundego przy Bismarckstrasse (dziś ulica Wyszyńskiego). Towarzyszyły im dwie kobiety: robotnica Erna Lübeck i siostra Kurta, Charlotte Patzwaldt. Wszyscy mieli być mocno pijani. Policja zapisała, że między godziną 2 a 3 w nocy hałasowali i dopuszczali się „grubych wybryków” na Lindenstrasse. Obaj przesłuchani stanowczo zaprzeczyli udziałowi w dewastacji. Ich opowieści są niemal zgodne: spotkanie około godziny 20, picie u Bundego do około 0.30, potem wspólny spacer na Lindenstrasse. Rozchodzą się w jednym, kluczowym dla śledztwa punkcie.

Kurt Patzwaldt zeznał, że grupa doszła aż pod cmentarz. Tam miała rozmawiać, a po chwili przyszła jego matka i zabrała go do domu. Na cmentarz, jak podkreślił, nie wszedł. Nie wie, czy Barz i Erich Patzwaldt poszli tam później. Dodał, że nikt nie mówił o zamiarze wejścia na cmentarz po to, by dokonać „jakiejś bezecności”.

Paul Barz twierdził natomiast, że po wyjściu z gospody odprowadził Ernę Lübeck do domu, spędził z nią około dziesięciu minut i poszedł prosto do siebie. Kurt i Erich chodzili tymczasem po Lindenstrasse. Gdy przedstawiono mu zeznanie Kurta, że szedł z nimi aż do cmentarza, odpowiedział, że to nieprawda. Powtórzył, że mówi prawdę i nie czuje się winny.

BEZ FINAŁU

Policja z góry wykluczyła motyw polityczny. W meldunku komisarz napisał, że z okoliczności wynika brak politycznych pobudek. Zniszczono pomniki różnych osób, także zwykłych mieszkańców miasta. Wersja policji brzmiała więc: pijacki wybryk młodych ludzi, którzy wracając z gospody, doszli do cmentarza i dali upust zbędnej energii.

Zachowane karty kończą się zapowiedzią, że dochodzenie będzie kontynuowane. Nie wiemy więc, czy sprawców ostatecznie ustalono, ani czy ktoś poniósł karę. Akta są jednak cennym źródłem historycznym: wykaz zniszczonych nagrobków to rzadka lista nazwisk z cmentarza, którego dawnego wyglądu dziś nie sposób odtworzyć. Protokoły oddają ludzką małość, brak poszanowania dla miejsca pochówku i codzienność niewielkiego miasta na Pomorzu pod koniec lat dwudziestych: gospodę przy Bismarckstrasse, nocne spacery, rodzinne i sąsiedzkie układy. Pokazują też metody ówczesnej policji kryminalnej: szybkie zatrzymanie, rewizję, daktyloskopię na miejscu zdarzenia i przesłuchania na gotowych formularzach.

Fot. Archiwum Państwowe Koszalin o/Szczecinek